| << | Maj 2012 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
| 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | | | |
| O mnie |
|
| MartinEden85 |
|
Elbląg / Gdańsk |
|
| Zagubiony ktoś wśród 7 miliardów sobie podobnych, z deczka niespełniony, sfrustrowany, nieskromny, lecz... z dnia na dzień coraz mocniej zakochany! :) |
| Zobacz mój profil |
|
Księga gości
|
|
|
Ostatni post
2009.12.30 19:41
|
Wiele miesięcy milczałem, wiele też na tym blogu nie napisałem (ale mi się rymnęło…). W gruncie rzeczy służyć miał za miejsce na zapiski z tamtej strony, ale nawet wtedy niewiele tu publikowałem. Od powrotu ze Szkocji minęły już ponad 2 lata i chyba pora zamknąć tamten okres w moim życiu. Wierzę, że kiedyś do niego wrócę, ale ubiorę go zapewne w inną szatę, może bardziej artystyczną, na pewno nie blogową.
Teraz zaczynam nowy projekt. Gdy coś się kończy, najczęściej coś innego się zaczyna. Od pisania chyba nigdy się nie uwolnię, toteż choć tutaj to już ostatni post, to jednak gdzie indziej od kilku miesięcy publikuję regularnie pewne teksty 3 razy w tygodniu. Wiem, że ten projekt wypali, ponieważ zaangażowałem w to już innych ludzi. Gdyby miało się nie powieść, musiałbym przyznać się do klęski przed innymi. A tak już trudniej. Blog mogę zamknąć bez wstydu, bez rumieńców na twarzy, że się nie udało. Ale czegoś, w co włożyłem kilka miesięcy pracy, 2000 zł i obietnicę zarobku dla innych osób – nie tak łatwo się już wyrzec.
Przede wszystkim jednak wierzę, że się uda, ponieważ to coś, co kocham, coś, z czym wiążę przyszłość, a przede wszystkim coś, czego brakuje w polskim internecie. Chyba jako pierwszy wkraczam na nowe ziemie w polskiej sieci. Po ponad 10 latach internetu w Polsce brzmi to aż dziwnie, że można jeszcze wymyśleć coś, czego dotąd nie było. Ale myślę, że taką ofertą jest właśnie… profesjonalna krytyka literacka.
Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak zaprosić wszystkich na eKorektę24.
Do zobaczenia na jedynym, jak na razie, w polskim internecie portalu językowo-literackim :) |
|
Komentarzy:
2
|
|
J. Cortazar, Gra w klasy
2008.10.28 17:51
|
Oto dopiąłem celu w sposób tak spektakularny, jaki chyba mi się nawet nie śnił (ach, ta moja skromność!). Chyba sam Konwicki, Szymborska czy London by mi pozazdrościli! Otrzymać obietnicę wydawniczą bez konieczności pokazania choć jednego zdania. To jest coś! Rzucić propozycję i już! Bierzemy! Całość. Bez patrzenia we fragmenty. Po samym tytule. To jest zaufanie do debiutanta, o którym chyba nawet najwięksi mogli tylko marzyć! Mnie kiedyś naprawdę życie utrze los za to chełpienie się…
Oczywiście wyolbrzymiam całą sytuację, co nie znaczy, że fakt nie jest faktem. Nie pamiętam sytuacji, by którykolwiek z autorów, o jakich czytałem, otrzymał propozycję przyjęcia debiutanckiego tekstu bez spojrzenia choćby na fragment. Tekstu zresztą są może 2 strony jak dotąd :) Uahaha, komedia. Upijam się własną chlubą… Kiedyś naprawdę zrażę tym ludzi do siebie. Ale co poradzić, jak woda sodowa uderzyła do głowy! :) Oczywiście niewiele z tego wszystkiego będzie, ale pewnie jeszcze wnukom będę opowiadał anegdotkę o takiej umowie wydawniczej, że hej! :)
O szczegółach najprędzej – tak pi razy drzwi – za 3 miesiące :) |
|
Komentarzy:
5
|
|
S. Modrzewski, Gdzie tataraki, gdzie jerzyki...
2008.10.22 22:58
|
Uczono mnie na edytorstwie, że przy redagowaniu wolno nam napisać książkę nawet na nowo, ale niech ręka boska nas broni przed ingerowaniem w cytaty. Obce słowo to święte słowo! Tymczasem robię eBooka, a tam wciska się wszędobylska Wikipedia ze swoimi językowymi kwiatkami…
„(…) jedna lub zestaw aplikacji (…)”
„(…) pozwalających na łatwe utworzenie oraz późniejszą aktualizację i rozbudowę (…)” – czego utworzenie?!
„(…) zarządzenie poprzez CMS (…)” – tak jak samochody jeżdżą poprzez tunele, a Łukasz się irytuje poprzez niedouczonych internautów…
Argh! Przecinki czy brak kropki bym zdzierżył, ale nie połamaną składnię! Więc myślę: zmieniać, nie zmieniać? A może cytat się zdezaktualizował? Sprawdzam na Wiki, ale nie… Kwiatki trzymają się hardo, pielęgnowane internetową znieczulicą na słowo pisane… Więc co robić? Jak cytować coś, czego czytać się nie da? Jak zmienić źródło, żeby było bardziej przyjazne czytelnikowi? Jak zmienić źródło? Jak zmienić…
I wtedy z pokorą pokłoniłem się dobrodziejstwu Internetu! Skoro nie wolno ingerować w cytaty, należy zaingerować w źródło! Wszystko nie trwało dłużej jak 5 minut. Wypieściłem, poprawiłem, przekleiłem i picuś-glancuś, aż nie mogłem wyjść z podziwu nad własną pomysłowością.
O, tak! Mają rację ci, co mówią, że z Internetu trzeba umieć korzystać. Może to i zło wcielone, ale jeśli człowiek naumie się brać to, co najlepsze, to nie taki diabeł straszny. Ania powiedziała, że normalnie nowoczesny ze mnie redaktor. Nie ma co, uznanie małżonki to chyba największy skarb, jaki mężczyzna może usłyszeć. To się nazywa motywacja (tak gwoli wczorajszego wpisu). A więc, Wikipedio, broń się, bo nadchodzę!
|
|
Komentarzy:
0
|
|
J. London, Odszczepieniec
2008.10.21 20:40
|
Jeśli człowiekowi trudno się do czegoś przyznać, to w pierwszej kolejności do własnej ułomności…
Jestem materialistą. Okropna przypadłość. Jeśli zabieram się za cokolwiek, muszę widzieć wymierne korzyści, jakie osiągnę. Inaczej kicha, klapa, kaplica i w ogóle masakra. Nawet na blogu pisałbym częściej, gdybym wiedział, że to coś daje. Uznanie innych? Szlifowanie pióra? Uśmiech na Twojej twarzy? Gdybym był pewien choć jednej z tych rzeczy, wszystko byłoby inne. Inaczej wyglądałyby moja nauka w liceum, mój zapał na studiach, moje wieczory, które marnuję w Kurnikowym domu pustej rozrywki.
Zabieram się za dziesiątki rzeczy, których nie kończę, a świadomość porzuconych planów przytłacza jak alkoholowe upojenie. Robię eksperyment, który pamiętam z czasów szkolnych: wpatruję się przez minutę w czarną kropkę na białej kartce – i nie potrafię się na niej skupić. Myśli odlatują za niezrobioną korektą, porzuconym e-bookiem i zbiorkiem Modrzewskiego, za który nie mogę się zabrać.
Jeśli człowiek byłby pewny efektów, jakie przyniesie jego praca, już dawno mieszkalibyśmy na Marsie… A może to tylko ja tak mam?
|
|
Komentarzy:
0
|
|
S. Mrożek, Emigranci
2008.09.23 22:04
|
Znów będzie autotematycznie, bo nie zbiorę dziś w sobie tyle sił co wczoraj na przydługie historyjki studenckie.
Minęły już 2 lata, odkąd założyłem bloga. Nazwałem go „Zapiskami z tamtej strony” (ot, takie niewyszukane literackie nawiązanie), gdyż z racji ówczesnego wyjazdu miał być emigracyjnym pamiętnikiem. Powiedzmy, że mniej lub bardziej spełnił swoje zadanie. A że z powrotem na wyspy się nie wybieramy, to właściwie powinienem jakoś przechrzcić tego bloga i nazwać go sensowniej.
Pomyślałem jednak, że coś w tym jest. Przecież ciągle jesteśmy po drugiej stronie – wobec ludzi, wobec siebie, wobec własnych ambicji. Jeśli kiedyś drugą stroną była rzeczywista granica, której na dobrą sprawę od dawna nie ma, to i tak od tamtej pory przekroczyłem kilka kolejnych. Granicę stanu cywilnego, granicę kolejnego roku życia, granicę mnożących się dawek stresu, miłości, świata gokartów i wyższego wykształcenia. Życie w gruncie rzeczy to ciągłe przekraczanie granic. Takie gibanie się z jednej strony na drugą, przy czym nie zawsze się wie, po której stronie zostać. O ile stan kawalerstwa porzucałem dość świadomie, o tyle granice kolejnych szarż ulicznych, sideł nałogów czy niemocy twórczej przekraczałem z poczuciem bezwolnego poddawania się instynktom.
Jeśli więc emigracyjny zalążek tej pisaniny zniknął raz na zawsze, nie znaczy to, że nie raz jeszcze będę rozpaczliwie/entuzjastycznie (niepotrzebne skreślić zależnie od kontekstu) wołał „z tamtej strony” – jako roztkliwiony ojciec lub rozgoryczony facet po czterdziestce, jako zabiegany redaktor literackiego wydawnictwa lub bezrobotny pisarzyna na pensji żony czy jako ktokolwiek, kim zdarzy mi się być w przyszłości. „Tamta strona” ciągle na mnie czeka, bo kimkolwiek będę, zawsze będę przecież kimś innym, kto będzie próbował opisać cząstkę tej części życia, którą wybrał, a której inni mogą nie znać. Jak podejrzewam, niezbyt mi na razie wychodzi, ale z czasem może się wyrobię. Jeśli nie będę zabierał się do pisania po 21, to może zacznie być ciekawiej :) |
|
Komentarzy:
1
|
|
T. Konwicki, Wniebowstąpienie
2008.09.22 22:37
|
Miałem na studiach przedmiot, który zwał się „wiedza o teatrze”. Prowadziła go przemiła Pani doktor, która – co było widać – pasjonowała się teatrem. Starała się nas zarazić tą pasją, jednak jak to często bywa na studiach (i nie tylko), spełzło to na niczym i większość z nas odetchnęła z ulgą, gdy otrzymała wpis w indeksie. Zajęcia trwały 2 x 1,5 godz. pod rząd, już nieważne czemu. Grunt, że naprawdę była to katorga niemiłosierna – gadać 3 godziny o historii operetek, dramatów i innych maskarad.
Nie wszyscy cieszyli się prędkim zaliczeniem zajęć. Nie wszyscy, czyli np. ja (co zazwyczaj – nieskromnie przyznam – rzadko mi się zdarzało w czasie tych 3 lat). Może inni również, ale ja na pewno byłem jednym z ostatnich, którzy pożegnali się na dobre z przemiłą – jeszcze raz to podkreślam, bo to ważne w świetle tego, czego się później dopuściłem – Panią doktor.
Warunkiem zaliczenia poza typowymi wymaganiami (czyt. obecność, aktywność, przygotowanie do zajęć) było napisanie recenzji dowolnej sztuki teatralnej. Ja, jak to ja, dość wcześniej zabrałem się za poszukiwanie znośnego przedstawienia. Wychodziłem z założenia, że skoro zaliczenie ma mnie kosztować ok. 20 zł i jeszcze mam tracić na szwendanie się po tak archaicznej instytucji, jaką wydawał mi się wówczas teatr – to najlepiej zrobić to szybko i bezboleśnie. Nie było ani szybko, ani bezboleśnie.
Pierwszym podejściem były bodajże „Sceny miłosne dla dorosłych” grane w elbląskim teatrze. Jak na pierwszy wybór przystało – pałałem jeszcze wówczas chęcią pożytecznego lub co najmniej przyjemnego wydania ok. 20 zł. Pamiętam, że którejś niedzieli specjalnie wcześniej pożegnałem się z Anią i przed cotygodniowym powrotem do Gdańska udałem się do teatru. Byłem chyba nawet dużo wcześniej i – o ile mnie pamięć nie myli – liczyłem z tego powodu nawet na dobrą miejscówkę. Okazało się, że nie załapałem się na żadną.
Za drugim podejściem pofatygowałem się zadzwonić kilka dni wcześniej, żeby zarezerwować bilet. Bez skutku. Jak mnie pani kasjerka poinformowała, bilety były wykupione od ok. miesiąca. Cóż, pozostało wybrać inną sztukę…
Elbląg okazał się pechowy, więc zmieniłem cel swych poszukiwań. Gdańskie teatry ceniły się bardziej (o co najmniej 5 zł) niż elbląski teatr, ale złożyło się, że miał być wystawiany „Dzień świra” (tak, tak, pierwowzorem tego kultowego filmu był monodram teatralny!). Pofatygowałem specjalnie Wojtka, żeby mi towarzyszył, i któregoś tam dnia pojechaliśmy na spektakl do jednego z gdyńskich teatrów. Nie powiem, że nie byłem wściekły, gdy się okazało, że biletów brak. Wyprzedane od dawna. Odwiozłem więc Wojtka. Wróciłem do domu. Zniechęcony poprzysiągłem sobie, że pójdę na byle jakie szajstwo, byleby napisać tę pracę.
Wiem, że przymierzałem się jeszcze do „Szalonych nożyczek” w Elblągu. Może dlatego, że tytuł całkiem dobrze współgrał z moim ówczesnym nastawieniem i premedytacją w zdobywaniu biletu do teatru. Oczywiście się nie udało, już nie pamiętam czemu. Koniec końców nie byłem na żadnej sztuce, choć zabiegałem o to z kilka dobrych tygodni.
A praca? Rzecz jasna napisałem. Nawet bardzo się podobała Pani doktor, tak że z uśmiechem wpisywała mi zaliczenie do indeksu. Wyznała przy okazji, że sztuki akurat nie widziała (pisałem o „Scenach miłosnych…”), ale po mojej recenzji bardzo chętnie się uda na spektakl, jeśli tylko nadarzy się taka okazja w Trójmieście. Daj Boże, żeby nie!
Pracę napisałem oczywiście samodzielnie. W życiu nie dopuściłbym się tak niecnych czynów, żeby zlecać pisanie komuś innemu. Co to, to nie. Starczyło, że przeprowadziłem rozmowy z moją Anią, siostrą i jej szwagrem oraz z mamą – wszyscy byli jakimś trafem na tej sztuce. A to mieli jakieś zaproszenia, a to coś innego. Im się udało, mnie nie. Ale co cztery głowy, to nie jedna. Myślę, że mieli na tyle różnorodne poglądy na temat sztuki, że sam ciekawszych wniosków bym nie wyciągnął. Wypociłem niemal 3 strony A4 wrażeń o sztuce, której nie widziałem. Pisząc, niemal ją widziałem, niemal szczegół po szczególe byłem w stanie opisać, co się działo tamtego magicznego wieczoru. Pisałem, puszczając wodze fantazji i tylko modliłem się w duchu, żeby przemiła (co podkreślam trzeci raz) Pani doktor nie zorientowała się w moich szachrajstwach.
Czy czuję się niewdzięcznie? Chyba nie. Wykładowczyni nie zasługiwała na to, co jej wyrządziłem, ale chciałem dobrze. Że teatry nie chciały otworzyć przede mną swych podwoi – trudno. Starałem się. A teraz tylko się śmieję. Śmiałem się zresztą do rozpuku, gdy decydowałem się na to karkołomne rozwiązanie. Niemoralne rozwiązanie. Zdziwiłem się nawet, że ani Ania, ani moja siostra, ani przede wszystkim mama – nie miały nic przeciwko pomocy w tym niecnym i nielojalnym planie.
Z upływem czasu rozkoszuję się smakiem tych studenckich wspomnień. Sporo było takich zdarzeń, a coraz to nowsze przypominają mi się z dnia na dzień. Niektóre wypadki sam prowokowałem (trochę jak ten powyższy), niektóre same się przytrafiały. Dzięki nim te 3 lata, które dziś dobiegły końca (odebrałem dyplom!), będę miło wspominał. Bo życie jest chyba zbyt ulotne, żeby brać je na poważnie. Gdy czasem los uparcie stara się dramatyzować, lepiej chyba zagrać mu na nosie, niż poddać mu się dobrowolnie.
|
|
Komentarzy:
3
|
|
M. Hłasko, Piękni dwudziestoletni
2008.09.20 18:48
|
„Nigdy nie mogłem zrozumieć, na czym polega nieszczęście literatury. Logicznie rzecz biorąc, mało który naród ma tak wiele szans na dobrą literaturę jak my, Polacy. Mamy wszystko: nieszczęścia, mordy polityczne, wieczną okupację, donosicielstwo, nędzę, rozpacz, pijaństwo – czegóż jeszcze trzeba, na Boga?” (M. Hłasko, Piękni dwudziestoletni).
Faktycznie, niewiele już trzeba, żeby zabić literaturę i polską sztukę. Co gorsza z upływem czasu mamy tego coraz więcej, a czego Hłasko nie dożył: mamy emigrację, polityczny cyrk, urzędniczy bajzel i Dodę wraz z Wojewódzkim. W takich czasach nie można mówić, że nie ma o czym pisać. Problem raczej jest inny: co warta jest taka literatura (sztuka), skoro wszyscy międlą stale te same tematy?
Polską obsesją są chyba filmy patriotyczne, do obejrzenia których się zmusza dzieciaki ze wszystkich szkół. Nic dziwnego, że filmy okazują się rentowne, skoro samej dzieciarni przyjdzie kilka milionów, choć sami z siebie prędzej pewnie daliby nogę, niż by chcieli oglądać kolejne wyczyny Wajdy. No bo niech ktoś mi powie: ocalało coś jeszcze z polskiej historii, co nie pojawiłoby się na dużym ekranie? Była wojna, był holocaust, były powstania, były nawet legendy sprzed kilku wieków! To chore, że przyklaskuje się temu rozpamiętywaniu przeszłości, a nikt nie spojrzy krytycznym okiem na teraźniejszość…
Literatura nie ma się lepiej. Jest albo o niczym, albo o politycznych gierkach. Nie pamiętam, kiedy doczytałem jakąkolwiek współczesną polską powieść do końca. Ba! Do 10 strony. Trzy pierwsze strony, które mówią o wielkim nic, jasno świadczą o tym, czego możemy oczekiwać po książce.
To chyba przez tę niepodległość. Gdy naród odzyskał wolność, patriotyzm jakoś stracił rację bytu. Niespecjalnie da się go znaleźć w tym galimatiasie tworzonym przez mass media, kapitalizm i amerykańskie gwiazdki. Młodzi są bardziej europejscy niż polscy, a starzy już nie piszą. Utkwiliśmy w jakiejś dziwnej próżni, w której polskiej literaturze zabrakło powodu do istnienia. Gdy nie ma nad czym się użalać, nie ma o czym pisać. Gdy polskie cierpiętnictwo dobiegło końca, pozostało jedynie rozpamiętywanie przeszłości, która przecież i tak kiedyś się wyeksploatuje. A ta, którą my tworzymy, jest przecież tak nieliteracka i niefilmowa!
Odwołam te słowa, jak ktoś mi poda XXI-wieczne dzieło godne lektury. Bo coraz częściej odnoszę wrażenie, że literatura skończyła się dość dawno temu. To już prawie 20 lat… Tak, zapłaciliśmy za wolność dość wysoką cenę…
|
|
Komentarzy:
5
|
|
Bon Jovi - "I'll Be There For You"
2008.09.18 21:26
|
Tak jak się spodziewałem, ktoś się w końcu zdziwił, że piszę tu o takich „intymnych” rzeczach. Czy faktycznie?
Nigdy tak o tym nie myślałem. Nie chcę traktować bloga jak publiczny pamiętnik, w którym będę się rozpisywał o swoich problemach, o rozmowie z mamą, kłótni z tatą, spacerze z psem i dostaniu się na studia. Dni są za krótkie, żeby pisać o każdym z nich. To pamięć weryfikuje, co warte jest ocalenia. Wówczas dopiero – po miesiącach czy latach – warto przystanąć i wspomnieć, co w nas zostało. Wtedy można pisać.
No dobra, wyłożyłem swoje blogowe credo, ale uciekam od tematu…
Mimo wszystko niegłupie jest to pytanie o intymność. Bo czemu właściwie piszę o tych wszystkich pieniądzach, małżeństwie, marzeniach? Rozkrajam siebie i wystawiam na publiczną krytykę i właściwie mi to nie przeszkadza. Zakrawa to nawet na ekshibicjonizm, bo im więcej zdradzam o sobie, tym bardziej czuję się wolny. Uach, ależ zabrzmiało…
Marzy mi się po prostu życie wśród ludzi wolnych od uprzedzeń. Od konwenansów, tajemnic i plotek. Ktoś powie, że wszystko już było i Ameryki nie odkryłem, więc może wyrażę się precyzyjniej. Niektórzy może są wolni od uprzedzeń (patrz: „Taniec z Gwiazdami”), ale na pewno do szczerości im daleko. O ile rewolucja seksualna, kulturalna i wszystkie inne przemiany „-alne” są już za nami, to do szczerości w stosunkach międzyludzkich chyba nam jeszcze brakuje.
Chciałbym kiedyś stworzyć rodzinę i zebrać paczkę przyjaciół, gdzie nikt do nikogo nie będzie żywił urazy, niczego nie ukrywał, nie bulwersował się zachowaniem innych. Taki freestyle, rzec by można. Ale na trzeźwo. To jest sztuka, nie? Na trzeźwo zachowywać się jak najbardziej zapijaczony żul.
Wizja tyleż głupia co niewykonalna. Ale czemu nie próbować? Kto nie chciałby zmieniać świata? Ja próbuję. Choćby pisaniem tutaj. I bezwstydnym obdzieraniem się z marzeń, wspomnień i namiętności. Kto następny? Woland? (Zapraszam w imieniu admina Erynii). |
|
Komentarzy:
1
|
|
2008.09.17 22:43
|
Martwię się często o pieniądze. Niby są te „zapasy” poweselne, ale w gruncie rzeczy przeciekają one przez palce jak woda. To samo było po Szkocji. Im więcej ma się kasy, tym szybciej ona ubywa…
To smutne, że uwięzieni jesteśmy w sieci pieniądza, uplecionej przez biznesmenów. Czasy wolności tak naprawdę się skończyły, gdy wymyślono kapitalizm. Gdyby człowiek chciał zamieszkać w lesie, to pewnie by nie mógł, bo lasy państwowe, bo to, bo tamto. To dość niesprawiedliwe, że rodzimy się w świecie, na który nie mamy wpływu i którego warunki musimy zaakceptować. Pieniądz zawładnął umysłami milionów ludzi, a ci, którzy chcą uciec od tej obsesji, i tak muszą się jej poddać.
Gadam trochę bez sensu, bo w sumie godzę się na świat, w którym żyję. (Mamy inne wyjście?). Chodzi mi tylko o to, że chcąc nie chcąc patrzymy na innych przez pryzmat pieniądze. Żal nam ludzi biednych, tak jak by ich bieda była klęską ich życia, choć wcale tych ludzi nie znamy. Zazdrościmy bogatym, znając jedynie stan ich konta. Często marzymy o przyszłości nie w kontekście szczęścia czy rodziny, ale właśnie przez pryzmat pieniądza. Nie wiem, może to ja tak mam. Ale to tylko potwierdza, że gdy nie ma się wiele, myśli się o jednym. Dopiero jak ma się na trzecie Porsche, jest czas, żeby pomartwić się o coś innego. To trochę późno.
Boję się, że tak skończę… |
|
Komentarzy:
4
|
|
Katatonia - "Burn the Remembrance"
2008.09.15 10:29
|
W miesiąc po 9 sierpnia mogę chyba już zdradzić co nieco, „jak to jest”…
Z upływem czasu dochodzę do wniosku, że najpiękniejsze, co mogło nam się przydarzyć, już się zdarzyło. Dobrze mieć świadomość, że nigdy więcej nie będzie się samym. Nic w życiu nie ma cenniejszego od myśli, że najgorsze zło nie dotknie nas nigdy w samotności. Nie chodzi tylko o ciepło kochanego ciała pod pościelą, o wspólne wieczory bez rozstań czy o powroty z pracy do domu, gdzie już czeka ta druga osoba. Małżeństwo to coś więcej. To świadomość noszenia ciężaru życia nie w pojedynkę, lecz razem z drugą osobą. Świadomość otuchy, bezinteresownej pomocy i troski ze strony drugiego człowieka – oto skarby, których nie zapewni największa przyjaźń.
Księża mają rację, mówiąc, że najbliższą osobą w życiu nie są dzieci, lecz współmałżonek. Zabrzmi to może i śmiesznie, ale już teraz wiem, że nie dzieci są miłością naszego życiu. Dzieci kiedyś odchodzą, tak jak i ja powoli odrywam się od rodzinnego domu, a osobą, która na zawsze przy nas pozostanie – to ta, której przyrzekliśmy miłość aż do śmierci.
Dobrze jest budzić się przy sobie, razem gotować obiad, spotykać znajomych, sprzątać mieszkanie, pracować i wydawać pieniądze, ścigać po siódemce, kibicować Kubicy, odwiedzać Chrystusa, a wieczorami zasypiać, czując ciepło ukochanej osoby. I jeśli nawet to wszystko mają inni, nie mają jednego: świadomości, że będzie tak zawsze. My ją mamy! |
|
Komentarzy:
7
|
|